Strony

piątek, 18 lipca 2014

Chyba już nic nie napiszę-wybaczcie. Pakowanie jednak jest nieco męczące, jutro trzeba wstać przed 5 i jedziemy, jedziemy, jedziemy.
Nowe doświadczenia, nowe sytuacje. Miejsce nie koniecznie nowe, ale z Nim, więc właściwie również będę poznawać je na nowo :)
Trzymajcie kciuki za podróż, trzymajcie kciuki, żeby było ok.
Będzie ok, bo będziemy razem.

Z internetem będzie średnio,ale może uda mi się coś krótkiego dla Was napisać :)
Trzymajcie się!

niedziela, 13 lipca 2014

211

Jestem głupia. Całe życie pomniejszałam zdjęcia do rozmiaru 700x465, nigdy sobie tego nie wybaczę. Przez to swój debilizm nie mogę wywołać/wydrukować 3/4 swoich zasobów fotograficznych. Ktoś coś jakaś rada, czy nie ma dla mnie ratunku?

***



























***
Miałam wczoraj super siostrzany dzień. Nie wiem kiedy i nie wiem dlaczego moja siostra zaczęła chcieć spędzać ze mną czas, rezygnując z gry w Minecrafta,o. Takie zaszczyty mnie spotykają! Dzień wcześniej myślałam sobie, żeby troszkę pojogować, bo dawno,dawno tego nie robiłam, a i ćwiczyć przestałam jakiś czas temu, a tu Jula wczoraj mówi do mnie: "Natala, robimy dziś jogę?" Tyle szczęścia! Jadłyśmy razem owocki, zrobiłam jej kolację w moim stylu(no dobra, prawie, ale,ale, pasztet dobry jest! :<), byłyśmy na rowerze, a później Julietta przyniosła i dla mnie miseczkę na lody, które również razem wszamałyśmy.( Dużo tego jedzenia. Czy to by potwierdzało zasadę, że dobrze i łatwo je się z tymi, których się kocha i na odwrót?)


***

Wymyśliłam sobie cudowne zajęcie na przyszłość. Pomysł nadszedł nagle i zapisał się w mej pamięci, jednak zdaję sobie sprawę, że to mało prawdopodobne, by miała miejsce jego realizacja. W każdym razie, przyszło mi do głowy, jak połączyć wszystko(no, prawie, bo pisania tam zabraknie, ale jakoś w tej dziedzinie też bym się realizowała, nie?)co chciałabym robić. Więc, moja genialna idea to metamorfozy nieszczęśliwych kobiet. Kobiet pięknych i wyjątkowych-czyli wszystkich-ale upadłych na duszy z powodu braku samoakceptacji i miłości do siebie samych. I tu pojawiałabym się ja! Zaczynając od terapii, pracowałabym nad zmianą obrazu siebie i rzeczywistości, później zajmowałabym się podrasowaniem/odnajdowaniem własnego stylu, a na koniec terapii wykonywałabym sesję fotograficzną, wieńczącą zmianę jaka zaszła pod wpływem pracy. (Co prawda najpierw pasowałoby dostać się na tę psychologię, co nie będzie łatwe, biorąc pod uwagę obleganie kierunku na UJ i mój zapał do nauki matematyki, co sobie niby postanowiłam na początku wakacji, ale...who cares.) Tak więc już dziś poszukuję wizażystki i chętnych do spółki! :D

***

Właściwie to mogłoby się wydawać, że ta część wakacji mija całkiem zwyczajnie. Niektórzy mogliby nawet pokusić się o stwierdzenie, że to nudne, siedzieć w swoim mieście. Ale ja sobie tu siedzę i jest mi dobrze, bo czas spędzam w takim towarzystwie, że lepszego nie mogłabym sobie wymarzyć. :) No i jemy! (Tak, znów jemy. Ewentualnie-pijemy. :D)







***

Tak sobie żyję. Prócz wyżej wymienionych czytam, oglądam, namiętnie siedzę na tumblrze, stalkuję Sandi  i Weronikę, zachwycam się stylem Sablewskiej, nudzę się, gdzieś plączę bez sensu i wypoczyyyywam(czyt.lenię się okropnie). A Wy jak żyjecie? :)


piątek, 4 lipca 2014

210

Wierzę, że ciało jest odzwierciedleniem duszy człowieka.
Ale wiecie w co również wierzę?
Że czasem to ciało potrzebuje zostać nakarmione pizzą. Czasem potrzeba mu lodów i ukochanych herbatniczków jedzonych o dziewiątej wieczorem. Czasami całego dnia średnio zdrowego jedzonka. I mówiąc czasami nie mam tu na myśli raz w roku, raz w miesiącu, raz na dwa tygodnie. Myślę, że to "czasami" dla każdego znaczy coś innego i jest kwestią bardzo indywidualną, natomiast wierzę w to, że każdy tego "czasami" potrzebuje.
Bo skoro potrzeby ciała są odzwierciedleniem potrzeb ducha, to aby pozostać w równowadze i zdrowiu, trzeba mu wszystkiego.
Nie doświadczamy przecież jedynie pięknych i dobrych chwil, prawda?
Nasze życie byłoby niewyobrażalnie płaskie, niewiarygodne i sztuczne, gdybyśmy co krok natykali się na idealnych ludzi, ładne widoki, grzeczne dzieci, nieskazitelnych rodziców, miłych kolegów, dobre książki i fajną muzykę.
Trudne sytuacje, wymagające poświęceń decyzje, smutek, żal, złość i każde inne, na pozór złe doświadczenie, kształtuje nasz charakter, czyni silniejszymi i w rzeczywistości jest ogromnie ważną wartością dla każdego z nas.
Skoro doświadczenie całej gamy przeżyć i emocji nas ubogaca, dlaczego podobnie nie miałoby być z ciałem? Dlaczego mamy wzbraniać się przed tym, czego w danej chwili właśnie ono by pragnęło? Umiejąc odróżnić realnie co w konsekwencji faktycznie może być dla nas złe, możemy(czy raczej powinniśmy) pozwolić sobie, czyli zarówno ciału jak i duszy na naprawdę wiele, by zyskać pełnię. Brzmi to banalnie, ale nie potrafię znaleźć odpowiednika w języku polskim na wyrażenie "feel complete", którego to stanu raczej nie da się osiągnąć żyjąc na ciągłych wyrzeczeniach, w kreowanym na idealny światku.
Let's be brave, let's have fun. Let's be free!

Tak się cieszę, kiedy ten Pan jest przy mnie:




             




















A tak się cieszę, bo zaraz pan z pizzą zadzwoni domofonem:
(Żartuję!! Przecież tak naprawdę cieszę się tak samo z tego i z tego, no :D)




poniedziałek, 30 czerwca 2014

209

No to mamy wakacje, nie?

Nie będą obfitowały w dalekie podróże. Nie polecę po raz pierwszy samolotem. Nie zrobię zdjęcia tej romantycznej kupie żelastwa w Paryżu.
Ale chciałabym trochę zaczarować te dwa miesiące. Wiecie, żeby było jak w dzieciństwie, kiedy sama świadomość, że właśnie trwają WAKACJE wywoływała ekscytację, dobry humor i uśmiech na twarzy.


Przede wszystkim, mój zeszycior będzie miał w tym swój udział. Ma przypominać, motywować, no i przede wszystkim być zbieraczem wspomnień.

A pomagać mi będzie projekt organizowany przez Nath.
Asekuracyjnie wybrałam sobie 13 przykładów, kilka pewnie zrealizuję nie jeden raz, niektóre są trudne i wymagają odwagi, inne wychylenia się odrobinę ze swej strefy komfortu, ale o to właśnie chodzi.
Poza tym, chcę spróbować wielu nowych rzeczy(jedzeniowo i nie tylko), odkrywać nowe miejsca-chociażby w mojej okolicy, poznawać, czytać, oglądać, być spontaniczną, kolekcjonować piękne momenty, uśmiechać się, śmiać, działać, bawić się, doświadczać, uczyć się, korzystać i kochać.

A Wy, planujecie coś szczególnego na te wakacje? Chcecie coś osiągnąć? Czegoś dokonać? Czy może po prostu odpocząć? :)

A teraz szybka zmiana tematu. Wspominałam Wam już, że w ramach współpracy dostałam dwa czasopisma do nauki języków i dzisiaj chciałabym przybliżyć nieco egzemplarz English Matters.(Francuska wersja czeka na swoją kolej, troszkę mnie odstrasza, bo mój poziom tego języka nie jest zbyt wysoki)

Magazyn jak zwykle podzielony jest na 7 działów, tym razem zdecydowanie najbardziej zainteresował mnie artykuł o języku, w tym numerze traktujący o onomatopejach. Chociaż zainteresował to niekoniecznie dobre słowo, bo przecież dźwiękonaśladownictwo nie jest moim hobby. Po prostu, był on dla mnie skarbnicą wiedzy o języku, o. Bo w życiu bym nie pomyślała, że gołąb robi "coo" a "purr" oznacza mruczeć, chociaż po dłuższym zastanowieniu wszystko się zgadza :D

"Prostitution in the World" w dziale People&Lifestyle był jednym z ciekawszych-momentami wywoływał niemałą konsternację. Znaczy nie wiedziałam, że w Niemczech prostytucja jest zarejestrowana jako normalny, legalny zawód w wszelkimi przysługującymi mu świadczeniami zdrowotnymi, etc. Aż sobie to wygoglowałam i poczytałam nieco więcej o tej regulacji prawnej. Poza tym mowa jest oczywiście o Amsterdamie i De Wallenn- słynnej dzielnicy czerwonych latarni (ej, nie wierzę, jest tam statua prostytutki z podpisem "Szacunek dla osób z całego świata, które pracują w branży seksu". Łał.)

Moim ostatnim faworytem jest tekst "Molecular Cuisine-a Blend of Technology and Emotion". Trochę o dziwactwach wielkich szefów kuchni, o sztuczkach, które pozwalają na odniesienie sukcesu w tej branży, ale głównie wyjaśnia ideę molekularnej kuchni, czyli takiej, która łączy w sobie wszelkie dziedziny nauki i kreatywność uzyskując przez to konkretne smaki w takich kombinacjach, jakich nigdy byśmy się nie spodziewali. Powstaje w ten sposób chociażby brzoskwiniowy kawior, homar pachnący rumiankiem lub makaron o smaku herbaty.

Artykuły jak zwykle są zróżnicowane zarówno pod względem językowym jak i tematycznym, dzięki czemu każdy odnajdzie coś, co będzie odpowiednie właśnie dla niego. Podtrzymuję więc swoje zdanie, iż English Matters jest świetnym sposobem na naukę języka :)

Dziękuję wydawnictwu za umożliwienie mi przeczytania tego numeru!






środa, 25 czerwca 2014

208

Dziś nietypowo, ale w przypływie "inspiracji", o ile mogę użyć tego słowa w tym znaczeniu. Chciałabym podzielić się z Wami moją refleksją na temat tego, dlaczego zawiodłam się na Beacie Pawlikowskiej. 

Zaczęło się od fragmentu książki, który opublikowała na swojej fejsbukowej stronie;ktoś na ask.fm zapytał o moją opinię na jego temat. Otóż, wzbudził on przede wszystkim mój sprzeciw. Pozwólcie, że posłużę się bezpośrednio cytatami.
A kto chce być dietetykiem? Ten, kto ma problemy z dietą. A kto chce być psychoterapeutą? Ten, kto ma problemy z własną podświadomością.
Znam takich lekarzy. Wiem, że to jest prawda. Nie dotyczy oczywiście wszystkich psychoterapeutów czy dietetyków, ale błagam, sam pomyśl. Co o psychoterapii czy zdrowym odżywianiu może wiedzieć dwudziestoletnia dziewczyna, która zapisuje się do szkoły?
Nic.
Jaki jest najbardziej prawdopodobny powód, że chce się czegoś o tym dowiedzieć? Bo osobiście zetknęła się z problemami, które zazwyczaj rozwiązują dietetycy albo psychoterapeuci.
Hm. A co jest złego w tym, iż ktoś kto wcześniej miał styczność z psychologiem/odbywał terapię zainspirował się w ten sposób i również chce pomagać innym? Wybór takich a nie innych studiów wcale nie oznacza, że wciąż nie radzimy sobie ze swoją przeszłością. Owszem, pewnie są takie przypadki, jednak wydaje mi się, iż ta decyzja, w przypadku kiedy dana osoba wcześniej miała pewne problemy, chociażby z wyżej wymienioną dietą lub własną psychiką wynika z zainteresowania tematem, które z kolei jest wynikiem wcześniejszych doświadczeń właśnie. Często pamięć o trudzie, który musieliśmy pokonać będzie motywacją w podjęciu takiego zawodu, czyli właśnie wspomniana przeze mnie chęć pomocy ludziom z problemem, z którym sami się borykaliśmy. Dzięki temu, taki terapeuta/dietetyk(jeśli naprawił już wszystkie swoje problemy i złe myślenie) będzie pełen zrozumienia i cierpliwości dla swych klientów.
Co do podkreślonego zdania-to chyba właśnie na studiach i w dalszym etapie edukacji zdobywamy najwięcej doświadczenia potrzebnego do sprawowanego zawodu? Sama Pawlikowska przecież nagle nie została oświecona, prawda? Przeszła ciężką drogę, by być w tym miejscu, gdzie jest dziś. Kto wie, czy nie łatwiej byłoby odkryć jednak pewne prawdy poprzez studia, a nie nałogi czy uzależnienia.
+Czy osoba chora na depresję będzie w stanie skończyć 5 letnie studia + psychoterapię, której poddawani są przed rozpoczęciem zawodu psychoterapeuci?

Dalej Pawlikowska pisze o manipulacji reklam, z czym się zgadzam, aczkolwiek nie ma to nic wspólnego z nauką o żywieniu czy poradami psychologów. Nic a nic. Żaden lekarz nie poleci osobie, która chce schudnąć zażywania tabletek na odchudzanie. I tak, pani Beata, która wyrzeka się naukowców i ich przekazów, dalej pisze:
Chcę być zdrowa. To było moje motto. Więc w absolutnie logiczny sposób postanowiłam sprawdzić co to jest aspartam. Może po prostu po to, żeby się upewnić, że pan aptekarz przesadza.
Sprawdziłam.
Zrozumiałam.
Natychmiast przestałam używać czegokolwiek, co zawiera aspartam.
Sprawdziła. Gdzie, skoro nie wierzy naukowcom? I skąd to stuprocentowe przekonanie, że właśnie ona ma rację i nikt inny? Bo taki właśnie jest wydźwięk tych artykułów. Nie ma "sądzę, uważam, wydaje mi się".

Dzięki naukowcom mamy prąd, możemy latać samolotem. Dzięki profesjonalistom mnóstwo ludzi żyje-od uratowanych przez lekarzy poprzez terapeutów wyciągających z depresji, aż do fizjoterapeutów, dietetyków, i tak dalej.

Dieta propagowana przez Pawlikowską również nie jest odpowiednia, jak na mój gust i, hm, śmiem rzec, doświadczenie. Wiem, że wiele dziewczyn z problemami zaburzeń odżywiania czyta Pawlikowską. Sama byłam w ich gronie. I to właśnie im najbardziej zaszkodzić może dieta tak zachwalana pod niebiosa przez panią Beatę.
 To jest obiad autorki. Niesamowicie zdrowy, niesamowicie odżywczy, a już z pewnością niesamowicie sycący, nieprawdaż?
Ok, raz na jakiś czas taki obiad jest w porządku, ale z tego co można obejrzeć na profilu Pawlikowskiej-zdecydowanie nie jest to odpowiednia dieta dla kogoś, kto borykał się z problemami na tym tle. I mówię to z całą mocą-tego akurat jestem pewna.
Owszem, chemii w jedzeniu w dzisiejszych czasach jest o wiele za dużo, ale to również wynika z pewnych konkretnych okoliczności, a mianowicie masowej produkcji. O ile mniej żywności mielibyśmy na świecie, gdyby nie konserwanty, umożliwiające jej przechowywanie i transport?

Złoty środek. Chyba to powinno być naszą dewizą. Nikt jeszcze nie umarł od słodyczy jedzonych raz-dwa razy w tygodniu. A nawet chociażby codziennie-co z tego. Każdy z nas jest inny, każdemu szkodzi co innego. Wydaje mi się też, że ścisłe, kurczowe wręcz trzymanie się super zdrowej diety jest swego rodzaju obsesją. A już zwłaszcza, jeśli następuje jako kolejny etap po zaburzeniach odżywiania. Raczej nie można wtedy stwierdzić całkowitego uwolnienia się od choroby.

+http://www.beatapawlikowska.com/diary,list,1692,4.html
Ach, ta dzisiejsza, wszystkoniszcząca cywilizacja...Jest okrutna, nieprawdaż?

Nie wyrzekam się wszystkiego, co zyskałam dzięki Pawlikowskiej. Swego czasu, pierwsze z jej "psychologicznych" tytułów mnie naprowadziły na lepsze myślenie i postrzeganie siebie. Jednak już podczas lektury "W dżungli podświadomości" poczułam, że ktoś mi porządnie miesza w głowie. I powoli przestawałam jej ufać. Dziś już wiem, że nie przeczytam "Kursu szczęścia", który czekał na swoją kolej w mej biblioteczce. Niestety. Jeśli o mnie chodzi-era Pawlikowskiej przeminęła. I chyba nie całkiem bezpodstawnie.



sobota, 21 czerwca 2014

207

Jeszcze tydzień, tydzień, tydzień!
I co potem, he? Jakieś strachy i obawy podsuwa mi wyobraźnia. No bo wiecie, wakacje to tylko dwa miesiące, które mijają szybciej niż ferie zimowe, święta i wszystko inne razem wzięte.
Ale...chyba nabieram dystansu. I siły. Ufam i wierzę, bo...mam komu. Nie jestem sama. A reszta...reszta niech się dzieje. Poza tym, to tylko matura, nie? Zawsze jest drugi termin :D


Wiecie, że znów zaczęłam się bawić w listy? Coś w stylu dawnego postcrossingu, ale lepiej, bo nie same pocztówki, gdzie nie bardzo można było się wykazać, ale listy. Super połączenie nawiązywania nowych znajomości, ćwiczenia języka, no i radości z przesyłki czekającej w skrzynce. Tym sposobem obecnie koresponduję z dwiema świetnymi dziewczynami z Polski oraz Martą z Portugalii i Leną z Niemiec.
Dostałam też w ramach współpracy egzemplarz English Matters i Francais Present, które w najbliższym poście Wam odrobinę przybliżę, bo dopiero się w nich zaczytuję :) Wcześniej nie mogłam się za nie zabrać, bo czytałam w nieskończoność "Lalkę"...

Swoją drogą, to naprawdę genialna lektura. Fakt faktem, momentami trudno było mi wytrzymać zachowanie panny Łęckiej i powstrzymać się od rzucenia książką w ścianę, żeby jakoś dotrzeć do biednego Wokulskiego, z którym poniekąd się utożsamiałam(no bo ja zawsze muszę odszukać chociaż cząstkę siebie w której z postaci wykreowanych przez autora)i otworzyć mu wreszcie oczy. Prus wykazał się niesamowitym kunsztem w tej powieści. Możemy znaleźć tu wszystko-od szczegółowego opisu Warszawy i Paryża, poprzez szeroką panoramę społeczną i problemy tamtych czasów, aż do humorystycznych scenek. Pana Rzeckiego również darzyłam sympatią za jego oddanie i przyjaźń do samego końca oraz wysmakowany humor i ironię. Dobrze zrobiłam, kupując egzemplarz "Lalki" by mieć go na własność. Myślę, że kiedyś do niego wrócę.

Oglądałam też przedwczoraj film, o którym też chciałam Wam parę słów napisać, a mianowicie "Baczyńskiego". Spore wrażenie zrobiła na mnie ta produkcja. Po pierwsze-niecodzienna forma. Współczesna interpretacja poezji Krzysztofa Kamila przez młodych została idealnie dopasowana do wydarzeń z życia artysty pokolenia Kolumbów. Spodobała mi się bardzo taka koncepcja i przedstawienie w ten sposób biografii Baczyńskiego, bo recytacja była naprawdę dobra, przejmująca, co zachęciło mnie do poznania twórczości poety. Tak jak i całość filmu zresztą. To chyba przez ten niedosyt, niedopowiedzenia i pole do własnej interpretacji działań bohaterów, które po sobie pozostawia. Świetnym dodatkiem są też autentyczne wspomnienia osób, które jako ostatnie z żyjących miały okazję poznać poetę. Efekty dźwiękowe również miały dla mnie duże znaczenie-wzmagały napięcie, dodawały dramatyzmu. "Baczyński" jest produkcją, która nie analizuje dogłębnie żadnego wątku z życia tego wybitnego artysty, jedynie szkicuje zarys tamtych czasów, pozwala się przez chwilę poczuć jak ich uczestnik oraz wzrusza. Zwłaszcza mnie, która identyfikowała się na przemian to z poetą, to z jego żoną, marzyła, cierpiała i wyobrażała sobie siebie w danych okolicznościach.



piątek, 13 czerwca 2014

Taki leciutki zastój miałam, wybaczcie. Aż teraz mam wrażenie, że zapomniałam jak się pisze posta-nie wiem jak zacząć i o czym pisać. Ale może mój obecny humor ma na to wpływ. Albo po prostu się wypaliłam i blożek, który i tak wytrwał zadziwiająco długo(3,5 roku, łał!), zbliża się do swego kresu? Sama nie wiem, czy bym tego chciała, czy nie.
A teraz? Siedzę przed pustą stroną i myślę. Bo nie wiem jak i co napisać, by moc tchnąć w Wasz dzień, myśl, choć odrobinę szczęścia. Nie wiem, cholera, nie wiem.
Przepraszam.
Jak na nowo się odnajdę, z pewnością dam Wam znać.